Weekend miał być czasem kontynuacji mojego ambitnego projektu fotograficznego „Panogazm”, ale niestety życie miało inne plany. Grypa postanowiła zorganizować we mnie swój prywatny festiwal. Z wysoką temperaturą na poziomie 36.9°C życie staje się nie do zniesienia – herbaty nie da się pić, a aparat waży chyba tonę.
Na szczęście mam za oknem mój mały karmnik, który dostarczył dzisiaj trochę rozrywki w postaci gości-niespodzianek. Łobuzy Raniuszki postanowiły urządzić sobie ucztę. Mimo że wszystko mnie boli, zebrałem się w sobie i zrobiłem zdjęcie dnia – dla Was, dla potomności, dla ratowania projektu!
Jeśli jednak moja grypowa saga potrwa dłużej, jutro zdjęciem dnia będzie… klepsydra. 🕰️
A teraz wracam do ciepłej herbaty i liczę, że do poniedziałku zmartwychwstanę niczym feniks z popiołów. Trzymajcie się zdrowo!