Przez długi czas traktowałem swoje zdjęcia jak coś, co musi trafić do innych. Social media stały się naturalnym miejscem do dzielenia się nimi – szybkim, łatwym, dającym natychmiastowy feedback. Publikowałem, bo chciałem, aby ktoś zobaczył moje prace, zatrzymał się na chwilę, docenił. Ale coraz częściej zadaję sobie pytanie: po co? Czy to naprawdę ma znaczenie?
Większość ludzi, scrollując swoje telefony, nie zatrzymuje się na dłużej. Przewijają bezmyślnie, bez refleksji. Nawet jeśli ktoś polubi zdjęcie, czy to znaczy, że je zrozumiał, poczuł to, co chciałem przekazać? Nie sądzę. Im jestem starszy, tym bardziej uświadamiam sobie, że prawdziwa wartość moich zdjęć nie tkwi w tym, ile „laików” zdobędą, ale w tym, co dla mnie znaczą.
Dlatego postanowiłem drukować swoje fotografie. Stać się swoim własnym odbiorcą. Chcę, by moje zdjęcia były namacalne, by mogły zawisnąć na ścianie, trafić do albumu, bym mógł do nich wracać, kiedy tylko zapragnę. Tworzyć przestrzeń, w której to, co robię, jest ważne dla mnie.
Nie neguję całkowicie social mediów. Gdyby nie one, nie czytalibyście tego wpisu, a ja bym go nie napisał. Jednak ciężar twórczy i konsumpcyjny muszę przenieść na siebie. To przede wszystkim ja muszę być zadowolony z tego, co tworzę.
Drukowanie zdjęć to dla mnie powrót do autentyczności. Do chwil, gdy fotografia nie była wirtualnym plikiem, ale czymś, co można wziąć do ręki, poczuć, spojrzeć na nią z bliska. W takich momentach wszystko nabiera nowego sensu.
A Wy? Kiedy ostatni raz wydrukowaliście jakieś zdjęcie? Może to dobry moment, by spróbować? Polecam. Dla mnie to nie tylko forma wyrazu, ale i swoista terapia.