Plan na dzisiejszy wpis był inny, ale życie jak zwykle postanowiło mnie zaskoczyć. Podczas porannego spaceru z Judem nagle usłyszałem stukot kopyt. Nim zdążyłem się zorientować, w naszą stronę galopował koń… bez jeźdźca!
Judo, mój czteronożny kowboj, stanął jak prawdziwy obrońca ścieżki, tarasując drogę. Szczęśliwie ścieżka była na tyle wąska, że koń nie miał jak nas ominąć. I tak oto, w duecie, „pojmanie” konia stało się faktem. Nazwaliśmy go Maniek.
Teraz pozostaje tylko pytanie: jak powiedzieć żonie, że Maniek potrzebuje miejsca w garażu? Żono, chyba będziemy musieli wystawić Twoje auto na podjazd! 😄
PS. W czasie przygotowań i pisania tego posta nie ucierpiał żaden ani jeździec. Codzienność ma jednak swoje niespodzianki!