No dobra, kto z nas spodziewał się zielonych liści w styczniu? Ja na pewno nie! Ale zacznijmy od początku. Rano, jeszcze na wpół przytomny, zerkam na termometr. A tam -11 stopni. Mróz ścięty, powietrze jak lodowe noże, ale co tam – nie po to mamy zimę, żeby się nudzić w domu. Sanki gotowe. Ruszamy w teren!

Śnieg chrupie pod butami, dzieciaki zachwycone, a ja robię swoje – fotografuję i pilnuję, żebym nie zamarzł na śmierć z aparatem przy oku. W pewnym momencie coś mnie zatrzymało. Pośród tej bieli, pośród tego lodowego królestwa – soczysta zieleń. Tak, dobrze widzicie – ZIELEŃ. Liście, takie świeżo wyklute jak na wiosnę, ale ej, halo, to styczeń!

Patrzę na to z niedowierzaniem i myślę: „Kto tu komu robi jaja? Natura? Pogoda? Kosmici?” Liście wyglądają, jakby były na wakacjach, a tymczasem mróz już je solidnie skubnął. Trochę im współczuję, bo jak tak dalej pójdzie, to ich przygoda skończy się szybciej, niż zaczęła.

I wiecie co? To skłoniło mnie do refleksji. Kiedyś styczeń to był sam środek zimy – śnieg po pas, mrozy na porządnym poziomie, a liście grzecznie czekały na wiosnę. A teraz? Pogoda jakby miała kryzys tożsamości. „Czy ja jestem zimą, czy już wiosną? A może czymś pomiędzy?”

No nic, wróciliśmy do domu z czerwonymi nosami, uśmiechami na twarzach i całą masą zdjęć. A te zielone liście? Stały się naszym symbolem dnia. Dzień, w którym zima pokazała, że ma też poczucie humoru.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *